To jest opowieść bez początku, bez końca. Bez końca. Jak każda opowieść.

Coś miało się zakończyć. Z pluskiem szkła, z pieczeniem bąbelków, łopotaniem światła. Mrok trwał i trwał. Trawił ukradkiem niemożliwe, ostre jak sen – łykał.

To miało się zakończyć.

Jak wiele nas dzieli od tego niemożliwego. Cienka plazma. Nic. Moje życie jest jednym wielkim samozaprzeczeniem. To pomaga rozumieć. Zagubić się w rozumieniu.

Miało się rozpocząć. Nóż do papieru. Zapomniałam.

Brzytwa, która nie kaleczy. Ostrze do łagodnego otwierania. Zalakowanych tajemnic, obaw, łopatek, liści. Na noc wkładałam nóż do papieru pod poduszkę. Zapomniałam. Wyjąć.

Jest nagły i nie do wiary. Umie szarpać na strzępy. Nie chce. Pomaga mi rozszarpać na strzępy.

Całą tę między-wierszami-no-przecież-nie-książkę.

 

——————————————————————————————————————————————————————–

To trzeba dzielić na kawałki.

Drzeć, opalać, ignorować, topić. Przykładać do siebie – jakoś, tylko.