Człowiek, żyjąc, pozostawia ślady. Przedmioty, ingerencje, stworzenia i zniszczenia. Prypeć nazywana jest miastem duchów, ale bardziej chyba jest to miasto śladów. Po to tu przyjeżdżamy, to chcemy złowić. Ślady śladów na fotografiach. W opowieściach. W tym, co niewypowiadalne, a co zmienia każdego, kto to miejsce zobaczył. Pozostawione przez nieobecnych skrawki czasu i przestrzeni – zazębione o nas dziś tworzą nową rzeczywistość. Tę, która się śni, tę, która jest przenikliwie realna, tę, która burzy i rekonstruuje na nowych zasadach.

Całe to miejsce ulega sukcesywnemu rozkładowi, dewastacji i przeobrażeniu. Bardziej niż gdziekolwiek, gubią się tu granice między materialnym a nieuchwytnym. Wydaje się, jakby dzień po dniu miasto ulatywało. Jakby jego istota była rozkładana, rozkradana, rozbijana.

Jakby jego istota w ogóle tkwiła w tym, co widzialne i dotykalne…

Prypeć to miejsce wielu przestrzeni. Tej geograficznej, namacalnej, mierzalnej i zapisywalnej. Tej przynależącej do porządku materialnego na tyle tylko, na ile przynależą do niego energie, fale i oddziaływania. Tej wymykającej się wszelkim porządkom. I, podczas gdy ta pierwsza, widoczna przestrzeń zdaje się butwieć i zamierać – przestrzenie niedotykalne rekonstruują ten świat na nowych zasadach. Rozszczepiają go w teraźniejszość “stalkerów”.

Tak, świecimy w ciemnościach. Sorry, nadal będziemy trzymać żarcie we wspólnej lodówce.