Rome! It’s Italy’s black hole!

Nie wiem, czemu mnie te słowa tak bardzo zaskoczyły. Może dlatego, że padły z ust Włocha.

A więc czarna dziura spalona słońcem.
A więc piękno zmęczone tysiącleciami zachwytów, biliardami podeszw, zobojętniałe na dźwięk spustu migawki i palce wskazujące.
Potrafię to zrozumieć.
Nie mam nic do dodania.
Może odrobinę bezwstydu, tupetu, profanum.

A może granica między profanum a sacrum leży mniej więcej tam, gdzie ta, co oddziela cząstki elementarne od fal. Trochę jakby nigdzie.

I te czarne dziury to podobno wcale nie są czarne. Tylko szare.