Tego wpisu miało nie być. Pusta hala, opuszczona siedziba Nexpolu, czymkolwiek on był. Bez specjalnej historii. Nieciekawa, nawet wejść tak łatwo, że wstyd przyznać. Ochrona w poważaniu miała radziecką terenówkę, parkującą jak jej się podoba, moje dwa aparaty, kuriozalne próby wdrapywania się tu i tam. Moje szwedzkie meble. Znacie to.

Jestem bezradny. Jestem głupi, życie upływa mi na otaczaniu się rzeczami. Moja marna egzystencja. Moja bezsensowna, gówniana praca. Moje szwedzkie meble.

W poważaniu, bo życie toczy się obok. Marywilska 44. No pewnie, że znacie. Ja sobie tylko wyobrażam. Sześć hal, sześćdziesiąt trzy tysiące metrów kwadratowych, tysiąc trzysta punktów handlowych oblężonych przez wysiedleńców ze Stadionu Dziesięciolecia i ich klienteli, hurtownia rajstop i bielizny nowym najemcą, pościel hurt-detal, gorąco zapraszamy Państwa na zakupy po pracy, wyjątkowe ceny tylko u nas, blichtr, szyk, czar i wszystkość wszystkiego w wyjątkowym rabacie tylko do końca miesiąca.
Nienawidzę przedmiotów. Nienawidzę gromadzić. Posiadać. Doskonałe dziecko epoki cyfrowej – na jednym dysku zamknąć całe życie. Cud nietrwałości. Lekkie barki.

Pisałam o tym raz. Miałam nie publikować. To było tak:
http://vartjatka.wordpress.com/2012/09/03/przestrzen-przedmioty-przebitka/

Może to miało sens. Pojechać na Marywilską 44 i spędzić czas w pustej skorupie. Poprzeżywać żadność. Zepsuty obiektyw, skończoną wreszcie rolkę filmu. Film oberwał światłem i niewiele z niego wyszło.

Miało nie być. Było nie mieć.
Internet wszystko przetrawi, wydali, przemieli, rozmnoży, skarykaturuje. Jak cytoplazmatyczny ocean w “Solaris”.