Jest tylko jeden konflikt w dzisiejszej Ukrainie – pomiędzy reżimem i ludźmi.
— Wiktor Juszczenko

Trochę mi wstyd.
Mówiłam, jakie to okropne miasto. Głośne, męczące, pełne reklam wbijających się wszystkimi zmysłami, wszystkowielkości, wielowszystkości, świątyń i muzeów, gdybym potraktowała to wszystko blenderem, nie byłoby bardziej interesujące ani łatwiej strawne.
Może byliśmy po prostu koszmarnie zmęczeni.

Postanowiliśmy wsiąść z metro i pojechać dokądkolwiek. Byle nie na Chreszczatyk. Byle zobaczyć kawałek zwykłego życia, skromnej szaroburości, nieskoszonej trawy, babę z czosnkiem na złe duchy, żelbetową codzienność.

Pojechaliśmy na Chreszczatyk. Nie z pragnienia, z ciekawości. Co tam się naprawdę stało, od środka.

Jest spokój. Ogromny spokój wokół barykad i zgliszczy. Żal, śmiechy, dymy z kuchni polowych. Przemówienia, filmy trochę zbyt wzniosłe, wstrzymany oddech. Magnesiki i kalendarze z Majdanem, promocje na flagi. Rodzinne spacery i niepilnowane puszki pełne banknotów, których nawet w niedzielny poranek, gdy ulice są wyludnione, nikt nie rusza. Kijów prawdziwy, szczery. Od strony kulis. Król jest nagi.

Wstyd mi, bo status turysty dał mi alibi na dziesiątki zdjęć bez pytania o zgodę. Bo pokochałam to miasto dopiero, gdy zaczęło wylizywać się z ran. Nieładne, popsute. Nieszczęśliwe jak diabli. I, o ile ten numer przechodzi z kamieniami, o tyle jest problematyczny, gdy pomiędzy nimi toczy się życie.

Jeżeli to dlatego szukam miejsc opuszczonych, to jest się nad czym zastanowić.
Dla uciszenia sumienia, podejrzewam istnienie innych powodów.