Jak byłam całkiem mała, nosiłam berecik z antenką.

Być może to pierwsze, co pamiętam.

Jak byłam trochę starsza, to miałam radyjko tranzystorowe, a w nim muzykę hiphopową o słońcu i chemicznych smugach, i jak się zbliżałam do radyjka, to przestawało trzeszczeć.

Podobno ciało ludzkie to wielka antena. Przewodzi prąd i fale elektromagnetyczne, i ciepło, i białe plamy.  Odbiera to wszystko i diabeł wie, co z tym dalej robi. Wysyła w eter. We własne trzewia. Ciągi pytań, co rozmnażają się przez pączkowanie. Ciągi i smugi, mięsożerne kłęby, hydry.

Podobno trzeba to tak zostawić. Nie trącać patykiem, nie szarpać, nie nakłuwać. Zamienić strach na ciekawość. Usiąść wygodnie i patrzeć, jak dzieją się rzeczy.

Jest to znakomita teoria.

Raz mi z tych kłębów wypełzły chmary odpowiedzi, oblazły radośnie, a potem potwornie bolała mnie głowa.

To trochę makabryczne, ta przesiąkliwość ciała.

A ten berecik to może tylko legenda.  Jak każde wspomnienie.