Może to miejsce tęskni za powrotami.

Niektórzy nazywają to “zewem Zony”. Trąci patosem, ale coś jest w tym uczuciu niedosytu, gdy po raz ostatni jedzie się kolejką pracowniczą do nieswojego domu. Coś ciągnie, gniecie w brzuchu, wkrada się w sny. Mijamy kolejne bloki i dziwimy się, że wszystkie szyby są całe, omal nie wbijając się komuś do mieszkania – przecież drzwi były otwarte. Trzeba mocniejszej chwili, by zresetować umysł i wrócić do rzeczywistości.

Nie ma powrotów, są tylko kolejne podróże. Nawet rzeczywistość uchyla się od definicji. Więc czym miałby być powrót do rzeczywistości.

Wróciłam, by kontynuować poszukiwania, których nie zdążyłam ukończyć, dotrzeć do miejsc, do których nie zdążyłam dotrzeć.

Znalazłam inne miasto.

W tym samym, co ostatnio, miejscu na mapie, nie było już Prypeci, którą poznałam. Tak jak nie będzie Prypeci, którą znali jej mieszkańcy. Słońce. Arktyczny wiatr. Kruche, wyschnięte badyle tam, gdzie rosła dżungla. Zima w Zonie trwa dłużej.

Spokój, wręcz sielskość. Jakby życie chciało przypomnieć, że było. Że jest, pamięta. W miejscu postapokaliptycznej grozy – światło, cisza, barwy, zapachy. Poczucie, że jest się u siebie.

Może to miasto tęskni za powrotami.