Życie to wszystko to, co umiera, kiedy na to nadepniesz.
– Dave Barry

Ostatnio intensywnie szukałam precyzyjnej definicji życia. Nie – życia człowieka, ale życia w ogóle. Nie – tego, co znamy i nazywamy językiem biologii, ale samego pojęcia. Przy okazji święta umierania przypadkiem nie trafiliśmy na cmentarz.

Życia nie ma. Jest tylko pojęcie życia, które guzik mówi o naturze świata. Atomy, komórki, tkanki, przejawy świadomości. Fizyka i chemia, granice myślenia, granice języka. Opieranie się entropii. Replikacja, koniecznie niedoskonała. Ewolucja, dająca się obserwować tylko masowo. Kot Schrödingera.

W głuchych miejscach każdy krok wywołuje okropny hałas. Chrzęst miażdżonego szkła odbija się echem, powraca. Nie wiem, co mam pod stopami, sprawdzam tylko, czy wytrzyma napór ciała. Sprawdzam tylko, czy stary niedźwiedź nadal mocno śpi.

Wspomnienia ratuje się wybiórczo. Selekcja naturalna. Kilkaset metrów dalej trwa zbiórka datków na ocalenie kamieni cmentarnych. Wierzący nie mają problemu z pojęciem życia. Życie to łaska pańska. Rzuć broń, ateisto.

Czasami podnoszę to, co podeptałam. Czasem zgaduję, skąd się tu wzięło. Czy ma w środku wspomnienia. Zostawiam tam, gdzie leżało.

 

. . .

To, czego straty najbardziej żałuję, nigdy nie żyło.
Chyba można to nazwać szczęściem.